do góry
  • Godziny pracy urzędu:
  • poniedziałek - 7:00 - 16:00
  • wtorek,środa, czwartek - 7:00 - 15:00, piątek - 7:00 - 14:00
  • ul. Jana III Sobieskiego 5
    47-440 Nędza

  • tel. 32 410 20 18
    32 410 23 99
    fax 32 410 20 04

JAKOŚĆ POWIETRZA [KLIK]

Skąd się wziena wieś Nędza?

– Chcielibyście wiedzieć skąd się wziena wieś Nędza? Mogam wom to opowiedzieć, bo to mojemu starzykowi godoł jeden pisorz z Raciborza, co roztomainte stare papiury przeglądoł i w tych papiurach to mioł wyczytać.

A miało to być tak:

Pierwe Racibórz wyglądoł blank inakszy niż dzisio. Kieby tak starzy ludzie stanóli z grobów, to by Raciborza nie poznali. Tak sie wom zmienił. Dzisio jest w Raciborzu okropnie mocka fabryków, murowanych domów, sklepów a hulice to som asfaltowe. Pierwej to jeny na Ostrogu byt zomek, co w nim mieszkoł książam a po drugiej stronie Odry było miasto ale maluśkie. Było to jeny poram huliców, poram murowanych kamienic a i chałupy z drzewa też sie czansto trefiały. Cołki ten Racibórz był otoczony murami, z kierych sie Raciborzanie bronili przed roztomaintymi wrogami. Te mury to wiycie były rychtyk potrzebne, bo to roz Tatary napadły na miasto, roz zaś husyty i dycki sie ktoś znod, kto chcioł miasto ograbić i obrabować. Tóż te mury musiały być.

Za murami było z kożdej strony poram chałup, jak: Starowieś, Nowe Zegrody, Płonie, Proszowiec no i były też gronta, co je chłopi obrobiali. A za tymi grontami toście mogli iść całymi dniami – nie było tu nic jeny lasy i lasy, bażoły i mokradła, stawy i jeziora i zaś lasy. Ale jakie to były lasy! Takich lasów to już terozki ni ma. Damby i buki to wom były takie, co ich pięciu chłopa nie poradziło obłapić, a sosny, śmierki i jodły, to były takie wysokie, jak wieżo na farnym kościele w Raciborzu.

W takich lasach to też było moc wszelijakiego zwierza. Dzisio jak ujrzycie wiewiórkam, liszkam abo zająca to wom serce dyrgoce, że dziwokiego zwierza widzicie. Pierwe to tam żoden na takie małe stworzenia nie patrzył. Zwierz sie zaczynoł liczyć dziepro od sornika. A chruby zwierz to już był jeleń, dziwoko świnia, niedźwiedź abo tur a na bażołach i mokradłach to łoś. Tego chrubego zwierza to w tych raciborskich lasach było pełno. Nie bydam wom tu już godoł o roztomaintych ptokach a było ich tela, że chnet na kożdym stromie miały gniozdo.

Roz też książam raciborski zaprosił swoich krewnioków z Opolo, z Oświęcimia i Zatora na wielki gon. Bo to wiycie wszyscy pochodzili z Piastów tóż trzymali sie do kupy. Zjechało sie ich moc do zomku na Ostrogu. Przyjechali z babami, dzieciami, roztomaintymi sługami, na kolasach, bryczkach, wozach, konno i jako tam kiery poradził.

Jak już wszyscy byli w zomku, to książam zwołał tych swoich krewnioków, co chcieli iść na gon i padoł im tak:

– Tóż słuchejcie grofy, hrabie i heroki co wom terozki powiem! Jutro wczas rano zaczynomy gon! Gon na chrubego zwierza! Gon bydzie trwoł dwa dni. Jak co ustrzelicie, to wypitwać, natkać do postrzodka zielin i zostawić! Pachołcy po to pojadom! Do zająców mi nie strzelać, bo sie mi już przejadły. Kożdy może iść kan chce, som abo z pachołkiem. A za dwa dni zbierymy sie zaś w zomku i bydziemy widzieć, co to kiery ustrzelił!

Tak powiedzioł książam i rychtyk na drugi dzień wszystkie chłopy i pachołki poszły na gon a w zomku zostały jeny baby i dzieci. Tóż puścili sie wom na ten gon jedni ze psami, drudzy z pachołkami, jedni na koniach a jedni piechty.

Książam pojechoł na ten gon z jednym pachołkiem a pojechali na koniach. Jak jeny wjechali do lasa to nie trwało ani pół godziny jak trefili na dziwokom świniam. Książam jom zarozki gruchnół, pachołek jom wypitwoł, natkoł do postrzodka zielin i powiesił jom za zadnie nogi na stromie, coby jej wilki nie rozszarpały. I pojechali dalej. Tak kole połednio gruchnół książam jeszcze jednam dziwokom świniam, a dwie to uciekły. Pachotek jom oporządził, tak jak tam piyrwszom, a książam sie chycił jedzenio – bo był głodny. Jak se pojod i popił winem, bo wielcy panowie pierwe to jeny wino i miód pijali a gorzołkam to jeny pijali chłopi, to se lygnół na deca, pod głowam se położył siodła i usnół. Konie se pasły na takiej leśnej łączce, ptoki dokoła piyknie śpiewały, woda se szumiała w krzypopie a pachołek siedzioł pod dambem i wachował tych koni, coby za daleko nie poszły. Jak se tak siedzioł i jak mu tak te ptoki śpiewały, a ta woda szumiała, to sie wom ten pachołek też zdrzimnół. Spali tak oba dość długo, możno poram godzin, aż pachołek sie przebudził i patrzy, kan som konie, bo ich na łączce nie było. Tóż poszeł ich chladać, bo sie książęcia boł. Jakby tak te konie sie straciły, to by mu książam doł. Ale znod ich chnetka. Stoły w lesie i ogoniały sie od bąków, co ich rąbały jak diobli.

Już chcioł te konie kludzić pod ten dąb, aż tu coś trzasło w lesie. Sucho i patrzy a tu wylazuje z lasa jeleń i idzie ku krzypopie pić wodam. Wielki wom był i spaśny, a rogi to mioł takie wielkie, jak nie przymierzając gałanzie na dambie. Poszeł pachołek wartko obudzić książącia a ten zarozki kozoł konie osiodłać i dalej na tego jelenia. Ale jak ich ten jeleń spomiarkowoł, to sie zarozki porwoł do ucieczki. A książam i pachołek za nim. Lecieli tak za nim długo po roztomaintych bażołach i wertepach, przeskakowali krzypopy i powalone stromy, aż już z koni piana leciała. Możno by go jeszcze byli dalej gonili, jeny sie już zciemniało i książam kozoł przestać, bo i jeleń sie kańś stracił. Zleźli z koni i siedli se na obulonym stromie i książam sie chcioł czegoś napić, ale nic ni mieli, bo wszystko zostawili przy tej drugiej dziwokiej świni, bo tak im było za tym jeleniem pilno. Jak se odpoczyni, to sie też na dobre zećmiło i trzeba było rozejrzeć sie za noclegiem. Nazod ku kajstrom iść ni mogli, bo by sie jeszcze mógli do kupy z koniami w tych mokradłach potopić. Ale co mieli robić? Siedzieli dalej na tym przewróconym stromie i rozważowali kandy se tu lygnąć. Pachołek poszeł nałomać gałązi bo chcioł dlo książęcia zbudować taki szałas, coby choć miał dach nad głowom. W lesie sie już zaczynały odzywać nocne głosy. Kajś daleko zaryczoł łoś, kajś bliżej zaszczekały liszki a na stromach sowy wołały: pójdź – pójdź – pójdź!

Książam sie zasłuchoł w tam nocnym, leśnom muzykam, bo w zomku to mu jeny grali na skrzypkach, abo na trąbach, aż tu przyleciał pachołek i padoł, że niedaleko stąd widać światełko, że musi tak ktoś mieszkać, to tam mogom przenocować. Książam sie ucieszył, bo też był i głodny i więcyj myśloł, żeby co zjeść niż o noclegu. Pachołek chycił konie za cugle i tak pomału szli piechty ku temu światełku, bo sie boli, że mogom kandy wpaść do bagna. Idom i patrzom a tu światełko jest coraz to bliżej. Jak już byli blank blisko – patrzom a tu chałupa! Dwiyrzi były otworzone a na kominie poliła sie masno szczypa. Wleźli, Ponbóczka pochwolili i książam zarozki sie pytoł, ezi tu ni majom co zjeść, bo jest fest głodny. Ale smolorz, co tu mieszkoł, pokłonił sie piyknie, bo widził, że to musi być jakiś wielki pon i padoł, że nic ni mo ani kraiczka chleba, ani jednego kobzolka! Wszystko już z babom zjedli i jutro im możno przyjdzie z głodu umrzyć.

Jak książam widzioł takam biedam to zarozki zawołał: Ponbóczku, co to za nędza. Już też nic nie jod, jeny sie teju ze zielinek napił, co mu go była smolarzowa baba uwarzyła, lygnół se na wyrku ze siodłem pod głowom i tak zasnół, bo był festelnie zmordowany.

Rano jak stanół, napił sie zaś tego teju i pojechoł z pachołkiem nazod do zomku.

Zaś na pamiątkam, że w tej chałupie nocowoł, kozoł na tym miejscu postawić karczmam i kozoł jom nazwać na pamiątkam tego że był głodny – Nędza.

Karczma tam potem rychtyk stanóła a w niej nocowali roz tomainci podróżni i kupce, co z Raciborza ciągli z towarami do Rud, Rybnika, Żor i jeszcze dalej. Kole tej karczmy zaś pobudowała sie wieś, kiero od tej karczmy przyjena miano Nędza...

Tak to mioł ten pisorz w papierach wytyczyć i starzykowi to opowiedzioł. Starzyk zaś to mie opowiedzieli. Ale wiycie co? Do dzisiejszej Nędzy to to miano wcale nie pasuje, bo biedy tu ni ma. Ludzie tu som robotni, fajnie se mieszkajom, w roszarni abo na tartaku pracujom, telewizory oglądajom, radia słuchajom. A jakbyście tak chcieli co zjeść abo przenocować to wom kożdy chantnie gościny udzieli.

 

Legendę zaczerpnięto z książki: B. Strzałka: Godki i bojki śląskie, Opolskie Towarzystwo Kulturalno-Oświatowe, Opole 1976.